9/22/2017

MOJA OPINIA: Lirene PERFECT TONE 100 IVORY

Z podziwu wyjść nie mogę jak jednej marce udaje się wyprodukować produkt, który z opakowania wylizuję dokładniutko, a i taki, którym po 1 tygodniu mam ochotę trenować rzuty do kosza na śmieci.
Wiem, zaspojlerowałam ale pieję z radości.
Wpierw słowo wprowadzenia od producenta:
Innowacyjne pigmenty "soft focus" dopasowują się do naturalnego odcienia skóry, jednocześnie dodając jej blasku, świeżości i subtelnego połysku. Fluid delikatnie kryje, nie zmienia koloru w czasie, zapewniając przy tym lekkie odczucie na skórze. Zawarty w formule kwas hialuronowy dodatkowo chroni skórę przed utratą wilgoci.
CENA: regularnie ok 35zł za standardowe 30ml
OPAKOWANIE: szklane i w dodatku z pompką! Nie dość, że wygląda to całkiem przyzwoicie, to całość jest funkcjonalna. Jedno małe wielkie ale: przy końcówce (i tu kolejny minus- nie widać kiedy zmierzamy do dna butelki) pompka niemiłosiernie pluje. Mijają 4 dni a ja ciągle gdzieś znajduję ślady po tym podkładzie czy to na podłodze czy toaletce.
FORMUŁA/WYKOŃCZENIE: podkład jest lekko lejący. Wykończenie buzi jest świetliste, nie podkreśla porów ani załamań skóry (tu należy pamiętać by go dobrze przypudrować w obszarze, na którym nam najbardziej zależy). Ponadto podkład nie nie tylko pięknie wygląda na buzi, ale i daje mega komfort. Nigdy nie pojawiły mi się suche skórki podczas jego używania.
TRWAŁOŚĆ: przy siódmej godzinie w pracy widziałam, że delikatnie znikał z okolic żuchwy ale też nigdy nie używałam na to miejsce mocnego matującego czy fixującego pudru.
WYDAJNOŚĆ: chcąc idealnie sobie ujednolicić cerę, biorąc pod uwagę, że używałam fliudożernej gąbki jakieś 4 pompki musiały być na jedną aplikację na całą twarz co poskutkowało przedwczesnym wykończeniem fluidu.

PODSUMOWANIE
Nie pamiętam, bym kiedykolwiek przyssała się do butelki jakiegokolwiek podkładu i zużyła ją bez przerwy na zdrady z innym fluidem. Fakt faktem, że całej buteleczce dałam radę w bardzo krótkim czasie bo gdzieś 1,5 miesiąca. Zdecydowaną zaletą jest to, iż daje on komfort, absolutnie nie wysusza ale niestety pod koniec dnia moja skóra go trochę 'czuje' i marzę by zmyć buzię.
Ogólnie nie wahałabym się użyć tego podkładu na cerach dojrzałych, suchych. Z mieszanymi miałabym chwilę zawahania. Widzicie na zdjęciu tą poświatę na ściankach buteleczki? No właśnie...
Mam do wykorzystania jakieś 29podkładów i kazdy czeka w kolejce do wykorzystania a ja najchętnie bym dobiła do 30 sztuk by mieć w zapasie choć jeden egzemplarz tego gagatka.
Uwaga końcowa: mój kolor 100 Ivory może być ciu ciut za ciemny na okres zimowy kiedy to znowu będę skrajnie blada.

9/10/2017

MOJA OPINIA: Lirene, No Mask płynny fluid + serum 01 jasny

No Mask brzmi obiecująco prawda? Naturalny efekt wygładzonej cery? A dodatkowo nawilżonej? Brzmi jak bajka no i postanowiłam ta bajkę zweryfikować.
Ultralekki, długotrwały fluid No Mask zapewnia perfekcyjny i nieskazitelny wygląd cery przez cały dzień. Fluid nie zmienia koloru w czasie, nie rozmazuje się i nie brudzi ubrań. (...) Lekka, płynna konsystencja sprawia, że fluid idealnie stapia się ze skórą, dzięki czemu makijaż wygląda świeżo i naturalnie, a skóra nie jest obciążona. (...) Zawarty w formule kwas hialuronowy odpowiednio nawilża skórę, w efekcie czego cera wygląda zdrowo i promiennie. Elastonyl zapewnia skórze odpowiednie napięcie oraz ochronę i regenerację.
I później mamy podane zachęcające wyniki badań na jakiejś grupie badanych.
APLIKACJA: ze względu na jego bardzo lejąca formułę gorąco polecam gąbeczkę. Pędzel też się sprawdzi ale może to nam zająć więcej czasu by uniknąć smug. Jeżeli ktoś bardzo chce palcami nakładać fluid, to polecam okrężne ruchy.
CENA: od 30zł za 30ml
OPAKOWANIE: szklana buteleczka jest w stylu Estee Lauder-złota zakrętka i malutki szklany słoiczek wyjątkowo mnie urzekły, pomijając fakt braku pompki. Całość zajmuje po prostu mało miejsca. Ponad to podkład zamknięty jest w kartoniku ze złotymi elementami, co całości daje dość eleganckiego wyrazu.
FORMUŁA/DZIAŁANIE: bardzo lejąca. Trzeba uważać by nie wylać zbyt dużo kosmetyku, albo by nie spłynął on nam z dłoni i nie narobił szkód na ubraniu;) Problematyczny jest dla mnie kolor. Numer 01 jest już mocno za ciemny dla mnie jako dla bladolicej, a ponad to podkład strasznie oksyduje i wpada w pomarańczowe tony. Dosłownie mam pomarańczowiutką tapetę ale co dziwne po pół godzinie na buzi podkład lekko się dopasowuje i efekt nie jest już tak okropny. Warto także pamiętać, by przed każdym użyciem wstrząsnąć buteleczka bo dwie warstwy się separują ale jest to efekt odwracalny;) Efekt? Efekt jest nijaki na mojej cerze. Brązer nawet na sowicie przypudrowanym licu rozkłada się plamiście. Wtedy tylko ratuje nas puchaty lecz zbity pędzel i ćwiczenia tricepsa podczas dynamicznego machania tymże pędzlem.
TRWAŁOŚĆ: bardzo trzeba uważać by nie dotykać buzi w ciągu dnia. Podkład strasznie transferuje a koszulki mojego chłopaka musiały poddać się sile odplamiacza.


Podsumowanie.
Pewnie interesuje Was to co najważniejsze czyli jak wygląda na buzi. I tu mam osobistą rozterkę, tak mocną iż nie pokusiłam się o zrobienie zdjęć. Wiadomo, jak to w życiu bywa są lepsze i gorsze dni natomiast jako świadomy konsument, 3 podkłady temu byłabym z niego zadowolona, teraz nie. Pierońsko mi podkreśla moje zmarszczki uśmiechu. Mam tam taki rów wypełniony fluidem od nosa do kącika ust. Mam zastrzeżenia do tego, że "nie brudzi ubrań". Brudzi i to okropnie. Z tą oksydacją to jest niezbadana sprawa. Nigdy jeszcze się nie spotkałam by podkład robił tak ciemny po czym po pół godzinie lekko jaśniał dopasowując się do cery.Jedno co mogę powiedzieć to komfort na twarzy jest zachowany, żadnego ściągnięcia ani uczucia, że coś macie na twarzy. Podkład wędruje do mojej mamy u której raz, że sprawdzi się lepiej ze względu na odcień, a dwa, że mimo wszystko lekka konsystencja myślę, że przypadnie jej do gustu.

5/04/2017

OPINIA KOŃCOWA: Bell HYPOAllergenic, puder matujący 01

Puder od Bell zwrócił moja uwagę na siebie przyciągając kolorem. Od pierwszego uchylenia wieczka wiedziałam, że bardzo się polubimy:) Pierwszym pozytywnym zaskoczeniem było ładne tłoczenie:
CENA: do 20zł za 9 gram. Wszyscy wiemy, że średnio 2 razy w roku zdarza się promocja w Rossmannie -49% więc za dyszkę, to grzech tego pudru nie wypróbować!
DZIAŁANIE: zadaniem numer jeden tego pudru jest matowienie skóry. I tu sprawdza się dobrze. Jako posiadaczka cery suchej z lekką skłonnością do wyświecania się strefy "T" mogę powiedzieę, że mat utrzymuje do ok. 3h. Dla mnie wynik zadowalający. Dodatkowo puder daje lekkie krycie więc możliwe jest delikatne uzupełnienie powstałych ubytków w makijażu, w ciągu dnia. Nie mogę tu też nie wspomnieć o kolorze- bardzo ładny, lekko żółty i co ważniejsze nie oksyduje na skórze! (jak niemal połowa innych tego typu produktów). Istotne jest także to, iż puder nie spowodował nigdy, że mój makijaż się zważył a makijaż nie wyglądał ciężko i pudrowo.
OPAKOWANIE: i to jest chyba najlepsza część całego opowiadania. Początkowo wydawało mi się, że byle puderniczka i tyle. W sklepie całość jeszcze opakowana jest kartonikiem, więc do końca nie wiemy co dostajemy. Pierwsze wrażenie bardzo pozytywne, opakowanie jest dość ciężkie i na pewno nie przypomina chybotliwego plastiku. Porządna puderniczka daje wrażenie jakbyśmy w dłoni trzymały niemal kompakt z MAC'a. Nic nie klekocze, nie rozpada się, a przykrywka nie łapie zarysowań. Nawet napisy pozostały prawie nietknięte! W środku mamy lustereczko i gąbkę do aplikacji pudru. Dodatkowo zamknięcie na zatrzask powoduje, że puderniczka nie otworzy się niespodziewanie podczas transportu.
WYDAJNOŚĆ: oceniałabym raczej na średniawą. Puder lubi się lekko pylić.
ZAPACH: nie wyczuwam żadnej woni, która mogłaby przeszkadzać w codziennym użytkowaniu tego kosmetyku.


Podsumowanie:
Nie będę wspominać tu o zaletach i wadach  pudru, bo nie ma nic takiego w tym produkcie, co by raziło w oczy.  Kosmetyk mi przypasował i najpewniej powróciłabym do niego, ale że lista innych, których jeszcze nigdy nie miałam okazji testować jest nieskończenie długa, to biorę się do roboty.  Kosmetyk świetnie nadaje się na poprawki w ciągu dnia- wygodna i solidna puderniczka zawsze może być z nami. Puder jest bardzo poprawny, gdyby był uczniem to ode mnie dostałby porządna i wypracowaną 4!

4/28/2017

MOJA OPINIA: Sylveco, lipowy płyn micelarny

Na początku było Sylveco, potem Biolaven, a teraz Vianek. Jak oni będą w takim tempie rozwijać marki to skończę z problemem, co wypróbować później. Do zakupu nakłoniła mnie filozofia firmy by bazować na naturalnych składnikach.
CENA: od 14zł za 200ml
DZIAŁANIE: płyn robi to co porządny micel powinien: zmywa skutecznie pełny makijaż, a wierzcie, że w kosmetykach się nie ograniczam:) Dodatkowo nie odczuwałam żadnego uczucia ściągnięcia na buzi. Micel zrobił mi małą niespodziankę, a mianowicie troszkę się pienił podczas zmywania makijażu. Nie uznaję tego w żadnym wypadku za wadę. O mnie za mnie, płyn może i zmieniać kolor na wszystkie barwy tęczy, byleby był delikatny i skuteczny.
OPAKOWANIE: ciemna chroniąca przed wpływem światła butelka. Lekka i poręczna. Niestety na zatrzask wieczka chodzi dość mocno.
WYDAJNOŚĆ: starczył mi na miesiąc używania raz dziennie.
ZAPACH: jak dla mnie zdecydowanie dominuje zapach aloesu.

Największa wada?
Szybko się kończy. Z chęcią zobaczyłabym wydanie maxi:)
Wyjątkowa zaleta?
Delikatny dla oczu, posiada także dobry i krótki skład.
Podsumowanie.
Pomimo, że płyn skończył się pieronem:P to powróciłabym do niego. Przekonuje mnie, że w sposób delikatny usuwa makijaż, nie podrażniając w żaden sposób ani cery, ani oczu. Dodatkowo uważam, że cena tych 14zł jest rewelacyjna, patrząc co dostajemy. Kosmetyk który bije na głowę dość sporą część innych, mających czelność zwać się 'eko'. Dostajemy 12-sto składnikową listę, którą sami jesteśmy w stanie zweryfikować, nie uciekając się do tajemnych ksiąg kosmetologów. Lipowy płyn micelarny zdał egzamin śpiewająco, właśnie dzięki niemu z ogromną chęcią wypróbuję inne kosmetyki z tej marki.
Najbardziej boli mnie to, iż istnieją kosmetyki także bazujące na naturalnych ekstraktach, a ich koszt przekracza jakoś 100-krotnie wartość tego powyżej;)

4/24/2017

MOJA OPINIA: Sanctuary Spa Covent Garden, zestaw Just Because...

Marka Sanctuary Spa dopiero od niedawna jest dostępna w Polsce i na chwilę obecną tylko w Hebe. Są to kosmetyki z wyższej półki, a ich znakiem rozpoznawczym jest oryginalny zapach i nietypowe formuły.
Powiem dwa słowa o samej marce, bo jeżeli rzucicie się w poszukiwaniu informacji, to znajdziecie najpewniej tylko oficjalną stronę producenta. Sama marka bierze swoje początki w roku 1977
i faktycznie miejscem jej powstania jest SPA, co od razu przywodzi na myśl odnowę, pielęgnację
i relaks.
Zostałam w szoku, kiedy zobaczyłam jak popularna jest ta marka w Anglii. Wchodzicie na stronę producenta, a tam setki opinii od użytkowników. Jeżeli ktoś zna chociaż w podstawowym stopniu język angielski to zachęcam do poszukiwań.
Zdecydowanie tym, co wyróżnia Sanctuary Spa jest zapach. Mieszanka niczym prosto z wykwintnego flakonu perfum gdzie przenikają się nuty patchouli, drzewa sandałowego, wanilii, grejpfruta, róży jaśminu i wielu innych. Wszystko to daje mieszankę dość niepowtarzalną i bardzo oddziałującą na zmysły.
Marka dysponuje szerokim asortymentem: od kremu do rąk, przez produkty kąpielowe, cudowne peelingi (!) oraz skoncentrowane balsamy. Proponuję osobiście w sklepie się z tym zapoznać chyba, że ktoś wyrazi chęć to mogę się rozpisać w osobnym poście.
Drugą ważną rzeczą charakterystyczną dla Sanctuary Spa Covent Garden są gotowe zestawy prezentowe. Dziś omówię jeden z nich. Nierzadko się zdarza, że ktoś kupuje zestaw produktów
w mniejszym wydaniu, a później przepada urzeczony ich działaniem i kupuje pełną serię:)

Na pewno coś co wyróżnia zestaw to ładne kartonowe opakowanie zwieńczone wstążeczką. Kolory charakterystyczne dla marki, całość lekko dziewczęca. Regularna cena takiego kompletu to ok. 59zł. Natomiast dobrze radzę śledzić promocje w Hebe, gdyż 40% to nie lada gratka. Ja za swój zestaw zapłaciłam ok. 35zł w promocji.
W skład wchodzą:
- oczyszczający żel do mycia ciała, 75ml,
- delikatny peeling do ciała, 50ml,
- luksusowe masło do ciała, 50ml,
- aksamitny krem do rąk, 30ml.
Mam wrażenie, że w zestawie znalazło się to co najlepsze. Zacznę od tego, co zrobiło na mnie baaardzo dobre wrażenie.
Oczyszczający żel do mycia ciała. Gęsta formuła wzbogacona o perełki z olejkiem sezamowym i jojoba. Masując ciało nie musimy się martwić, że kuleczki 'nie pękną' a całość trafi do odpływu. Mikro perełki roztapiają się bez troski z naszej strony. I tu uwaga: jest to pierwszy żel pod prysznic, który sprawił, że moja skóra bez użycia balsamu po kąpieli, była niesamowicie gładka
i nawilżona! Bez bajery. Osobiście jestem w szoku. Jeżeli trafię kiedykolwiek na promocję, to na pewno zdobędę ten kosmetyk. Jego gęsta formuła jest niecodzienna, trochę jakbyśmy używały takiej nie do końca stężonej galaretki. I myślę, że w tym jest klucz do sukcesu, a kolejnym plusem duża wydajność.
Luksusowe masło do ciała jest hitem wśród kosmetyków pielęgnacyjnych Sanctuary Spa, a to ze względu na jego skuteczne działanie. Poza tym ma na swoim koncie wiele nagród, które świadczą o zadowoleniu konsumentek. Myślę, że bogata formuła zawierająca m. in. masło shea, olejek macadamia, olejek ze słodkich migdałów i witaminy decyduje o skuteczności tego kosmetyku. Jest do dla mnie idealny balsam na zimę, kiedy moja skóra wygląda niczym powierzchnia Sahary. Niestety na lato i upały mu towarzyszące będzie dla mnie zbyt treściwy.
Delikatny peeling do ciała. Coś co w swej prostocie jest genialne. Mało komu chce się robić peeling i poświęcać swojemu ciału dodatkowe 5 minut. A tu proszę- myjemy się i równocześnie delikatnie pozbywamy martwego naskórka. Świetne rozwiązanie dla leniuszków.
Aksamitny krem do rąk. Znowu to samo- niespotykana formuła. Coś w rodzaju jedwabistego musu. Pojemność 30ml jest idealnym towarzyszem do torebki. Często gdy aplikowałam krem, osoby wokół pytały się, co to za zapach.:)

Muszę jakoś podsumować ten niekończący się wywód. Ale jak skoro wszystko zostało już powiedziane? W moich zapasach kosmetycznych są jeszcze dwa produkty, o których nie wspomniałam, ale to zostawimy sobie na inną okazję. Powiem tak: markę i ich produkty lubię ta tyle by komuś je sprezentować. A jak wszyscy wiemy, kupujemy rzeczy sprawdzone, które nie zawiodą.
Miłego dzionka!

4/21/2017

MOJA OPINIA: Balea AQUA Nawilżający roll-on pod oczy z ekstraktem z alg

Wyprawa do Niemiec kosztowała mnie dużo wytrzymałości fizycznej ale i tak 'frunęłam" tam niczym gołębica (może nieco ociężała ale to pomijamy)- po prostu wiedziałam, że odwiedzę drogerię DM. Nie wspomnę o zapasach żeli pod prysznic na rok do przodu... Ale w końcu nie samymi tanimi żelami pod prysznic człowiek żyje. Bardzo zaciekawiła mnie ich seria pielęgnacyjna do twarzy. Ja jak to głupia istota uczyć się nie chciałam i z niemieckiego znam tylko Guten Tag i Milch:D Opakowanie wybrałam 'na oko'. Niebieski kolor mocno zasugerował funkcję kremu.

APLIKACJA: może się odbywać na dwa sposoby. Albo korzystamy z metalowej kulki, która zawsze jest przyjemnie chłodna i równocześnie wyciskając krem z opakowania, wmasowujemy go w skórę wokół oczu. Przy okazji wykonujemy masaż drenujący. Odczucie świeżości jest bardzo przyjemne. Drugi sposób aplikacji jest bardziej przeze mnie preferowany- nie lubię specjalnie sąsiedztwa metalowych elementów w okolicach moich patrzałek. Z tubki wyciskam odpowiednią ilość kremu
i go wklepuję bądź rozsmarowuję opuszkami palców.
CENA: było to nieco dawno ale sądzę, że nie więcej niż 3 euro czyli ok. 12zł.
DZIAŁANIE: odczuwalne natychmiast odświeżenie spojrzenia, nawilżenie i ulga. Troszkę jakbyśmy przemyli twarz chłodną wodą.
FORMUŁA: lekka, pomiędzy kremem a żelem, szybko się wchłania i uważam, że nie wpływa na utrzymywanie się korektora pod okiem w żaden sposób.
ZAPACH: brak, co jest zdecydowanym plusem. Mocno perfumowane produkty pod oko nie są wskazane w przypadku płaczliwych ocząt.

Największa zaleta?
Brak zapachu, który mógłby podrażnić dodatkowo oczy.
Podsumowanie.
Uważam, że krem przeznaczony jest dla osób z mało wymagającą skórą wokół oczu. Zadowolone będą osoby młodsze, szukające produktu odpowiedniego dla ich wieku i potrzeb- lekkie nawilżenie i raczej nic poza tym. Krem świetnie sprawdzi się także na okresy letnie, nie obciążając delikatnej skóry wokół oczu. Kosztował on ok 12zł więc nie spodziewałam się cudów na kiju. Uważam, iż
w stosunku do ceny sprawdził się bardzo dobrze. Ja będę mimo wszystko szukać produktu, który przez dłuższy czas będzie nawilżał i pielęgnował skórę wokół oczu.

4/20/2017

Nowości. Po przerwie zdrowotnej.

Niestety, nie będą to nowości ani lutego ani marca. Potraktuję to zbiorczo. Jak wiecie od dziś jest -50% w Rossmannie gdzie nie mam niestety zamiaru szaleć.
Ostatnie dwa miesiące ucztowały w interesujące promocje w perfumeriach i drogeriach, którym nie sposób było się oprzeć. Coś dla ciała i.. dla twarzy.;)
Wiodącą prym w kosmetykach opalających jest marka St. Tropez. Do dyspozycji mam delikatny peeling oraz stopniowo opalający balsam do ciała pod prysznic w odcieniu medium. Dwie pomadki Clinique. Na Clinique Pop Liquid Matte w numerze 01 polowałam od 4 miesięcy. Drugą sztukę myślę, że przeznaczę na prezent.
Coś dla ciała, a więc walkę z moją odwieczną zmorą cellulitem zaczynam ramię w ramię (albo udo w butelkę) z marką Collistar i ich osławionym kriożelem. Ponoć mrozi do szpiku kości;)
Yoskine i ich balsam ujędrniający- będę go stosować do brzuszka, może pomoże skórze się zregenerować i odzyskać sprężystość. Na chwilę obecną musi poczekać aż blizna się bardzo dobrze zagoi.
Dwie miniatury marki Collistar: głęboko nawilżająca maseczka do twarzy z wodą z magnolii (z różową nakrętką) oraz słynna bogata i super odżywcza pomada do ciała w mini wydaniu.
Krem pod oko z Collistar'a z kwasem hialuronowym i peptydami z serii Pure Actives miałam okazję wypróbować szybciej i uwielbiam ten krem! Pluming Gloss to błyszczyk w przepięknym różowym kolorze, który daje efekt chłodzenia i lekkiego mrowienia przez co nasze usta są wygładzone i wypełnione (wiem bo już też używałam;)).
Dwie miniaturki z Clarins są prezentami przy zakupie mojego upragnionego podkładu Everlasting w kolorze 103 (no przecież że najjaśniejszy). Skusiłam się także na podkład rozświetlający od Dr Irena Eris. Szkoda, że na dzień dobry wiem, iż będzie za ciemny :/. Polska marka, a kolory jak dla wybrzeża Florydy.
A tu chyba najbardziej użytkowe rzeczy typu: tonik do twarzy z Lidl'owskiej marki Cien za 5zł oraz bronzer za 4zł:D. Dalej płyn micelarny od Loreal Paris w nowym wydaniu. Oby ten sprawdził się równie dobrze jak jego poprzednik. Clarena i maska algowa ze śluzem ślimaka- próbowałam i mój zapał został ostro zgaszony. Catrice i nowy płynny kamuflaż w odcieniu 005 daje mi nadzieję, że to wreszcie będzie odpowiedni kolor. Pomadka Sylveco jest moim ulubieńcem do pielęgnacji ust, a to po prostu jej kolejny egzemplarz. Babuszka Agafia- mają takie ceny, że nie potrafiłam się powstrzymać by po prostu wyjść o pustych rękach. Delikatny szampon przeciwłupieżowy oraz balsam do włosów- aktywator wzrostu. Nowy podkład z Rimmel'a Fresher Skin w najjaśniejszym odcieniu 001. Kupując go miałam nadzieję na leciutki, niewyczuwalny podkład na skórze z myślą o lecie. No i kultowy produkt do skórek od Sally Hansen- będzie u mnie na wieki bo już wiem, że jest straszliwie wydajny.
Troszkę się tego uzbierało. Pora ze wszystkiego korzystać i mam na dzieję, cieszyć się tym.

Od dziś wyczekana przez wszystkie maniaczki makijażu promka w Rossmannie, więc przypuszczam, iż wysypie się multum postów na temat zakupów. Czekam, chwalcie się co fajnego upolowałyście:) Ja stałam dziś w sklepie i odkładałam produkty z koszyka-trzeba w końcu nad sobą panować ;)

3/12/2017

Paletki z My Secret. Gdzież się podziały??

Dziś post pełen wspominek. Swego czasu był szał na paletki z My Secret. Komplet 4 cieni, którymi wykonami makijaż oka, i to nie jeden! Cienie dobrze napigmentowane, może odrobinę traciły przy rozcieraniu no ale dajcie żyć- to były sumy rzędu 8zł!  Jedną paletkę wygrałam. Ta o nazwie Romantic Date z powodzeniem towarzyszy mi w podróżach. Ta o nazwie Revolt Against The Nude widzi światło dzienne gdy poczuję zew natury i pragnę szaleństwa na powiece. Dysponuję jeszcze dwiema paletkami nigdy nietkniętymi palcem zniszczenia aczkolwiek... No właśnie! Czy ktoś z Was widział w ostatnim czasie jakąś nową edycję? Gdzieś zapomniane pojedyncze sztuki leżą na wyprzedażach, a przecież produkt ten to najlepszy dowód, że za obłędnie niską kwotę możemy mieć solidne cienie. Świat pcha maszynę biznesu, my pragniemy udoskonalenia, a na rynku co któryś dzień pojawia się nowy kosmetyk. Jak był szał na paletki z My Secret tak teraz nikt już o nich nie pamięta.
I jak nie kochać tak uniwersalnych kolorów?

Cieszę się, że My Secret wychodzi na rynek z nowymi produktami przez co marka dynamicznie się rozwija. Mam nadzieję, że poziom zostanie utrzymany a kolejne produkty do oczu (o ile się pojawią) będą jeszcze lepsze:)
A Wy macie jakiś kosmetyk, na który spoglądacie z czułością, bo przecież jeszcze nie tak dawno biegałyście jak wściekłe osy po całym mieście by go zdobyć, a teraz leży nieużywany?;)

3/05/2017

Wibo, Neutral Eyeshadow Palette

Paletkę upolowałam na jednej z Rossmann'owskich wyprzedaży -49% i żeby było śmieszniej, to jedyny kosmetyk, który zafundował mi mój mężczyzna. I chyba ostatni:P
Producent twierdzi, że jest to: uniwersalna paleta cieni w naturalnych odcieniach ziemi. 15 kultowych kolorów dla każdego typu urody. Od matowych jasnych kolorów, rozświetlających w tej samej gamie, po czernie, grafity i brązy matowe i rozświetlające. (...) Wysoka jakość cieni o idealnej gładkiej powierzchni. Kolory zapewniają głębokie odcienie, idealne krycie i wyjątkową trwałość.
CENA: w promo 15zł. Normalnie 29,99zł. Dostajemy 15g cieni co w przeliczeniu na 1 sztukę daje 1g:)
FORMUŁA/APLIKACJA: paleta posiada wszystkie cienie, które są nam potrzebne. Matowy beż, matowe brązy w kilku odcieniach i mocne błyski kończąc na matowej czerni. Co prawda, ta ostatnia wypada w zestawieniu najsłabiej bo trzeba bardzo się postarać by wydobyć z niej głębię na powiece. Jeżeli chodzi o maty to łatwo się rozcierają i spokojnie mogą być nakładane pędzlami a ich efekt może być stopniowany. Co do cieni błyszczących tu zalecam aplikację paluchami- pędzlem się nieziemsko pylą i osypują. Strasznie:/ Jeszcze zostaje aplikacja pędzlem na mokro ale i tak lepszy będzie paluch.
OPAKOWANIE: leciutkie, kartonowe i ma lusterko! Zamknięcie na magnes plus dodatkowy ochronny kartonik do którego wsuwamy paletkę, który ją chroni. Co prawda matowa czerń łapie tłuste paluchy ale co tam:P
PIGMENTACJA: porządna jak na cenę 15-30zł ale z nóg Was nie zwali. Jeżeli ktoś szuka palety do lekkiego dziennego makijażu to będzie ona najzupełniej odpowiednia. Nawet czarny cień, który nie należy do smolistych czerni może być spokojnie użyty na co dzień.
ZAPACH: paletę mam powoli pół roku, a ona nadal pachnie klejem i smrodkiem chińskich butów:P
Wyjątkowa zaleta?
Kompaktowość paletki. To jak się prezentuje, a każdy cień ma własną nazwę.
Największa wada?
Zapach to na pewno, bo aż mnie mdli.
Podsumowanie.
Bardzo podoba mi się to co stworzyło Wibo. Neutral Eyeshadow Palette jest lekka i idealna na podróż. Do kosmetyczki wraz z nią zapakowałabym fixer bądź Duraline i mogłabym stworzyć kompletny look: od delikatnego dzienniaczka do mocniejszego wieczorowego glam'u. Paletka daje możliwość stworzenia makijaży w różnych odcieniach od ciepłych do tych o chłodniejszych tonach. Przypuszczam, że najszybciej oczywiście skończy mi się beżowy cień (szkoda, że nie pomyśleli by ten podwoić). Najrzadziej używam kolorów srebra. Często się słyszy, że te cienie uczuliły którąś z dziewczyn. Ja z czystym sumieniem mogę przyznać, iż żadnej reakcji alergicznej nie zaobserwowano. Polecam wszystkim, którzy szukają czegoś dziennego, a makijaż nie zabiera Wam więcej niż 15 minut:)

3/04/2017

Bronzer zdobywa szturmem internety czyli Mineral Terracotta Powder 04 od Golden Rose:)

Zazwyczaj przeciwna jestem pospolitemu ruszeniu na jakiś kosmetyk po jednej pozytywnej recenzji którejś z vlogerek/blogerek, bo przecież każdy ma inną cerę, karnację i nie wszystkim wszystko pasuje. Ten kosmetyk kupiłam z jednego powodu: macałam go kilkukrotnie i bardzo mi się spodobał (jeszcze przed boomem), a jego pozytywna recenzja na internetach mnie tylko utwierdziła, iż me kosmetyczne wewnętrzne oko miało jednak rację. Tym sposobem jeszcze jedyne 3 słocze (to moje ulubione słowo:P, błagam znajdźmy alternatywę...) i już byłam uboższa o 25zł;)
O co tyle szumu i dlaczego? Golden Rose znowu przyfarciło i wydało porządny kosmetyk w postaci Mineral Terracotta Powder. Jasna sprawa, że chodzi o numer 04.
APLIKACJA: banalna, ponieważ produktu nie sposób nabrać za dużo na pędzel, banalnie się rozciera, a więc plamy są wręcz immpossible!
CENA: od 20-30zł za 12g produktu wypiekanego. Myślę, że dla użytku własnego mamy produktu w cholerę i jeszcze trochę. W praktyce pewnie rok używania.
FORMUŁA: jak satynowy i delikatny jest to bronzer, to mogę się rozpływać pół dnia. Właśnie dzięki delikatnemu odbiciu światła, policzki wyglądają przepięknie. Nie dość, że cera jest wygładzona, to także nabierze zdrowego kolorytu. Bronzer będzie służył do typowego opalania,
o konturowaniu chłodnymi odcieniami nie ma mowy. Na samym początku miałam wręcz obawę, że kolor będzie u  mnie mocno pomarańczowy. Pewnie znajdą się osoby, których karnacja pozwoli używać tego jako pudru na całą twarz.

Największa wada?
Marzyłabym, by opakowanie było ciut solidniejsze bo już w głowie odliczam dni kiedy wieczko postanowi się uwolnić z okowów zawiasu i zostawić mnie. I bronzer:P Ogólnie nie mam nic do lekkiego plastiku, a pewnie modyfikacja opakowania podniosłaby koszty. Myślę, że gdyby ten produkt wsadzić do fikuśnego pudełeczka, nalepić mu cenę 100zł to chętnych nadal byłoby na pęczki.

Wyjątkowa zaleta?
Satynowe, miękkie wykończenie i łatwość użycia.

Podsumowanie.
Byłabym pierwsza w kolejce przed wyspą Golden Rose, jeżeli wyprodukowaliby puder transparentny o takim samym wykończeniu. Już to widzę oczami wyobraźni! A wracając do Mineral Terracotta Powder 04 już widzę jak jego wypukłość spłaszczyła się od używania, a to jedyna oznaka dobrej kosmetycznej inwestycji. Bronzer pozwoli mi na pomalowanie się w egipskich ciemnościach, a i tak makijaż twarzy będzie wyglądać dobrze.
Dość tych zachwytów, bo kogoś zemdli:) Produkt dobry ale przed zakupem upewnijcie się czy nie macie zbyt ciemnej karnacji i czy efekt na Waszej buzi będzie odpowiedni.
Zdrówka!

2/25/2017

Wibo, Deluxe Brightener. Ni pies, ni wydra.

Błysnął do mnie srebrnym opakowaniem ze swojej półki. Widzę opakowanie niczego sobie, cena na promocji też ładniutka, to biorę. I tak kończą głupie blondynki, które oczekują, że ładne opakowanie załatwi wszystko... :P

CENA: ok. 15zł za UWAGA UWAGA 1,7ml!!! Gdzie ja miałam okulary kupując to cudo...
KOLOR: też może być problematyczny. Jaśniutki (dla mnie to dobrze), różowawy (niedobrze). 
KONSYSTENCJA/APLIKACJA: aplikacja jest banalnie prosta i przyjemna. Zazwyczaj korektor doklepuję gąbeczką lub palcami. Konsystencja korektora należy raczej do tych lekkich, nie obciąża skóry. Czy kryje? Czasami nawet druga warstwa nie rozwiązywała problemu.
OPAKOWANIE: no tu mogę tylko chwalić. Eleganckie, jego waga daje wrażenie, że trzymamy w ręku coś na prawdę z górnej półki. Mięciutki pędzel precyzyjnie i przyjemnie aplikuje kosmetyk. Mamy też okienko, by śledzić tłok wewnątrz opakowania i zobaczyć kiedy produkt zacznie się kończyć.
WYDAJNOŚĆ: no to przeszłam do mojego ulubionego. Wydajności nie ma. Po prostu. Brak.
No nie patrzcie się tak!:D Teraz proszę sobie wyobrazić jaka może być wydajność kosmetyku który ma 1,7ml... A dokładam go niejednokrotnie podwójną dawkę, by cokolwiek zakrył. Znikoma. Można by rzec, że otworzyłam korektor, a on się skończył.

Podsumowanie.
Nie wiem gdzie ten korektor zaliczyć: na rozświetlacz się nie nadaje, bo ma w sobie zbyt mało błysku. Na korektor- troszkę mało kryje. Osoby o małym zasienieniu wokół oczy będą myślę zadowolone z delikatnego efektu krycia. Korektor przeznaczony dla chłodnego typu urody. Jak dla mnie opakowanie cieszy oko. Tyle.
Jeżeli do sklepów trafiłaby wersja tego produktu lecz o żółtawym zabarwieniu to mielibyśmy całkiem ciekawy kosmetyk, który pomimo znikomej jego ilości zaryzykowałabym wypróbować.

2/20/2017

Abstynencja pielęgnacyjna

Od 15 dni zabieram się do tego posta i za każdym razem coś się dzieje.
Bez obaw- nie odrzucam pielęgnacji:) Raczej drastycznie ograniczam jej nabywanie. Zaniepokoiły mnie stosy rzeczy upchnięte pod biurkiem i wylewające się z pudeł. Podliczyłam wszystkie (mam taką nadzieję) produkty do pielęgnacji i poszłam po rozum do głowy- mówię: dość! Przecież ja rozumiem, że to ma jakąś datę przydatności ale nie 10 lat:P Nie chcę zmarnować tych kosmetyków, co można zaliczyć do pewnej formy oszczędności :D Zrobiłam spis powszechny, a oto wyniki moich działań:

Problem narodził się wtedy gdy jakiś kosmetyk mi nie podszedł, odstawiałam go do kąta ciekawa nowych perełek, i tym sposobem jest ogrom rzeczy użytych kilka czy kilkanaście razy.
Zliczając pielęgnację włosów, ciała, twarzy uwzględniłam produkty, do których już zdążyłam wsadzić paluchy. Wszystkie przeterminowane wylądowały w koszu. I kolejne moje szumne postanowienie, że nie będę otwierać kolejnego kremu dopóty, dopóki nie zużyję poprzedniego. Ave.

Próżno tu szukać moich postanowień odnośnie kolorówki- bądźmy realistami i nie oszukujmy się- nie dam rady, jestem za słaba:P Ewentualnie mogłabym wdrożyć plan jej redukcji i uskutecznić zużywanie jednego opakowanie po drugim np. podkładów.
Za jakieś dwa miesiące dam Wam znać jak efekty mojej 'kuracji zakupowej' jeżeli chodzi o pielęgnację.

2/16/2017

Nowości stycznia

Wiem, że publikacja posta w połowie lutego na temat nowości styczniowych to średnio świeży temat ale co zrobić. Jestem wieczną spóźnialską:P A to będzie hiper krótki tekst.
Oszczędzę Wam czytania, a nowości będzie niewiele, za to moja radość z ich posiadania jest ogromna:)
Udało mi się wreszcie dorwać Pro Foundation Mixer od NYX'a w odcieniu białym. Przy okazji zdecydowałam wypróbować korektor Gotcha Covered Couvrance Totale o którym tak ostatnio głośno. Przez spontaniczną wizytę w Hebe w moje rączki wpadła nowość, na punkcie której Polki oszalały, a mianowicie podkład od Catrice:)
Już lata marzyłam o Bahama Mama od The Balm. Moja ciekawość została wreszcie zaspokojona:)
Liczę, że wiosna jest już bliżej niż dalej więc zdecydowałam się wypróbować produkt od najsłynniejszego producenta samoopalaczy czyli St. Tropez by nie razić bielą mych kończyn przypadkowych przechodniów.
Ostatni produkt (którego zdjęcia tu nie zamieszczam) to takie małe coś, co mam nadzieję, spowoduje, że skóra wokół oczu będzie wygładzona i bardziej odżywiona. Pokładam duże nadzieje w kremie od Clinique, All About Eyes Rich. Wiem, że ten maleńki słoiczek starczy mi na długi czas.
Nowości myślę, że będzie coraz mniej. Raz: staję się coraz wybredniejsza a dwa: wprowadzam abstynencję kosmetyczną bo powoli moje zbiory zakrawają o absurd. Trzeba zużyć to co jest bo za chwilę będę wyrzucać całe nieodpakowane produkty jeżeli ich data ważności zacznie mijać.
Miłego dnia!


1/31/2017

Tołpa, botanic, białe kwiaty.

Początkowo bałam się próbować kosmetyków z firmy tołpa. I chyba słusznie. Eksperymentów w tym kierunku zaniecham. Szukając najlepszego tonika na świecie, natknęłam się na serię botanic, białe kwiaty z tołpy. Widząc szumne odznaczenie typu nagrody Cosmopolitan itd. uznałam, że zły być nie może...
APLIKACJA: przyjemny atomizer daje delikatną, dobrze rozpyloną mgiełkę produktu. Szkoda tylko, iż by wiedzieć ile jest jeszcze toniku, trzeba zajrzeć do środka odkręcając aplikator.
CENA: ok. 20zł za 150ml
DZIAŁANIE: choć mgiełka ma już na drugim miejscu hydrolat z róży damasceńskiej (którą moja skóra uwielbia), to w żaden sposób nie spełniła moich oczekiwań. Po pierwsze nie usuwała uczucia suchości i ściągnięcia po myciu buzi. Nie koiła jej w żaden sposób, a co gorsza, po spryskaniu twarzy tonikiem, buzia zaczynała się lekko różowić.
WYDAJNOŚĆ: bardzo dobra. Chciałabym już skończyć to opakowanie, a tam nadal coś jest!
ZAPACH: nie żałowali sobie substancji zapachowych. Dla mnie mgiełka ma duszący aromat, kto inny może powiedzieć, że jestem wyczulona na zapachy.

Podsumowanie.
Chciałam by moja przygoda z marką tołpa zaczęła się jak najlepiej, a tu taki chochlik. Tonik może się sprawdzić u osób ze skórą mieszaną w stronę tłustej. Przy moim suchym typie cery, po prostu daje za mało nawilżenia, a uczucie ściągnięcia wcale nie zostaje zredukowane. Jest mi przykro, iż nie mogę rozpisać się na temat wyjątkowej zalety ale przecież nie wymienię aplikatora:P Miałam mega pozytywne nastawienie i z chęcią bym wypróbowała krem pod oko, ale teraz jakoś mi się odechciało eksperymentów.

Dajcie znać, czy to ja jestem jakaś felerna, czy ten tonik faktycznie nie jest objawieniem... A już wkrótce post na temat toniku, który kocham, uwielbiam, ubóstwiam!
Trzymajta się i do zaś:)

1/24/2017

Koszyk kolorowych dobroci na styczeń

Jako, że u mnie stworzenie ulubieńców jest niemalże niemożliwe, to zmusiłam się by wysupłać perełeczki, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Porzuciłam szafę kosmetyków, a pod ręką mam tylko koszyczek do którego pakuję co rusz to kolejną nowość i tym sposobem wiem czego używam namiętnie, a co idzie do wspomnianej szafeczki czekać na jakąś większą okazję.
Widzę jakie kosmetyki leżą w stanie nienaruszonym, a jakie pokazują już widoczne zużycie.
Zacznę może od początku... Czyli jedwabisty podkład rozświetlający Lumi 16h z AA. Nie z każdym kremem się lubi ale ja stworzyłam parę idealną i przez długie godziny podkład wygląda bardzo ładnie na buzi, o ile za bardzo nie majtamy po niej rękami. Kolor 101 ivory- no jakże się cieszę, że istnieje:)
Następny krok: korektor i tu w dwóch etapach. Pierwszy o brzoskwiniowym zabarwieniu w miejsce gdzie mam najmocniejsze zasinienia. Ot taka tanizna  za ok 9zł z Bell (jakbym ja miała coś drogiego:P). Korektor liftingujący Ms. Perfect w numerze 02. Uprzedzam- lekko ciemnieje ale ładnie wtapia się w strukturę skóry. Jaśniejszy korektor do rozświetlenia tzw. "trójkąta młodości" to korektor z Eveline 8w1 z olejkiem arganowym. Podoba mi się przepiękny lekko żółty kolor. Wydaje mi się także, iż ma on nieco mniejsze krycie od osławionego wcześniej korektora ArtScenic ale też i lżejszą konsystencję.
Nie wiedziałam, że jestem taką fanką Bell! Tu znowu ich produkt z serii HYPOAllergenic, puder matujący, po który wiem już teraz, że sięgnę ponownie- prosta czarna puderniczka z lusterkiem, puder długo utrzymuje mat, kolor mi bardzo pasuje, a co do samej formuły pudru- nie tworzy efektu ciastka.
Wibo, korygująco-rozświetlający puder w kulkach star glow. Używam na okolice pod oczami by je rozjaśnić. Na chwilę obecną nie mam wyrobionego do końca zdania.
Bronzery. Dwa indywidua. Golden Rose i ich kultowy Mineral Terracotta Powder o numerze 04. On faktycznie mógłby kosztować o wiele więcej. Co prawda mam uczucie, że wieczko opakowania zostanie mi w ręku bo to takie chybotliwe ale... Kosmetyk ładnie ociepla buzię i to nie takim oczywistym pomarańczowym brązem jak to często bywa w tego typu produktach. Do tego satynowe wykończenie... Mraaau!
Satynowym wykończeniem ujął mnie także produkt z My Secret Face'N'Body Bronzing Powder. Pięknie wygląda w świetle dziennym, w sztucznym efekt już mi się tak bardzo nie podoba. Chłodny, lekko ziemisty odcień, którym nadamy kontur twarzy. Prawdopodobnie jeszcze z nim poeksperymentuję.
Po wyprzedażach -50% mam do testowania dwa róże. Bourjois zauroczył mnie brzoskwiniowym kolorem, który wygląda przeuroczo na policzkach, ale ile ja się muszę namachać pędzlem w tymi mikro opakowaniu... Wibo z ich Smooth'in Wear Blusher  o numerze 3 też jakoś z nóg mnie nie powalił, ale o tyle to dobrze, że nie zrobię sobie plackowatych plam.
Mój ulubieniec to rozświetlacz. Dostałam tester do tego już wycofanego niestety produktu. Marka Collistar, Extra Light Bronzing Powder/Blush. I tak do końca nie wiem czy to bronzer, bo mój numer 1 specjalnie mnie nie opali;) Ale jako rozświetlacz wygląda przepięknie- sporo pań pyta czym jestem pomalowana. Ciepły odcień ze złotymi drobinami. Cieszę się, że miałam okazję zmierzyć się ze swoją fobią tj. drobinami w rozświetlaczu- teraz bardzo podoba mi się ten efekt, który na okres karnawału będzie wyglądał przepięknie.
Cienie są zdominowane przez My Secret. Czy to ich paletka Romantic Date (kiedy ją używam dostaję sporo komplementów) czy pojedyncze cienie. Mam ich dość dużo ale w użyciu niemal co dnia jest numer 505 (najsłynniejszy beż) oraz 513.
Jestem ostatnią osobą na świecie, która skusiła się na Liquid Metal Eyeshadow od Catrice w momencie ich wycofywania. I jakże się cieszę, że zainwestowałam szaloną kwotę 12zł. Jeden cień na powiekę, mocne usta i mogę wychodzić.
Czarny cień z deBBy z czasów kiedy to jeszcze miały inne opakowania to najlepsza czerń ever! Mogę zrobić pełne smokey i nic mi się nie osypie.
Człowiek bez brwi to zło więc bez kredki z serii Classic od Golden Rose dnia sobie nie wyobrażam. Na koniec nowy tusz od Bourjois, Volume Reveal. Miało być cudownie tymczasem... jeszcze daję jej 2 tygodnie i będzie rzetelna relacja.

Pozdrowiona!:)

1/21/2017

Nuxe, Masque Creme Fraiche de Beaute czyli maska nawilżająca:)

Nuxe, Masque Creme Fraiche de Beaute. Historia zaczyna się banalnie: znajomemu znajomej to pomogło, to może i mi pomoże w ustabilizowaniu mojej suchej cery? :D (piękne zdanie;))
Krótko o produkcie wg producenta: maseczka daje naszej skórze 24-godzinne nawilżenie i ukojenie, efekt cudownie świeżej skóry. Minimalizuje uczucia ściągnięcia, pieczenia i zaczerwienienia skóry. Zapewnia idealną równowagę między świeżością i komfortem.
CENA: sklepowo ok. 75zł za 50ml. Dostajemy pojemność klasycznego opakowania kremu do twarzy.
DZIAŁANIE: początkowo podeszłam bardzo sceptycznie. Maska nałożona grubą warstwą się zważyła i o mały włos już wtedy wylądowałaby w koszu. Ach co to by była za strata! Moim patentem na ten kosmetyk jest stosowanie go na noc zamiast kremu. Preparat aplikowany na buzię według zaleceń, czyli na ok. 10min ma dla mnie za małą siłę nawilżenia ale nałożona na noc... Maska daje cudowne uczcie nawilżenia, koi skórę, zmniejsza obrzęki i zaczerwienienia, a rano budziłam się z wygładzoną buzią. Nawet nałożona na dopiero wykluwający się pryszcz głęboko pod skórą pomaga mu podjąć decyzję by jednak się nie wykluł:P
FORMUŁA: kremowa ale nadal lekka.
OPAKOWANIE: lekka tubka. Możemy ją łatwo rozciąć nożyczkami by wydłubać resztki maseczki. Poza tym stoi na zakrętce, a produkt łatwo spływa.
WYDAJNOŚĆ: chciałabym ją już zużyć bo powoli jestem po terminie:/ Dopowiem, że mamy tylko 6 miesięcy od otwarcia by ją zużyć. Przy stosowaniu jej co 2 dni, po 2,5 miesiąca jeszcze ją mam.
ZAPACH: no i tu jest bieda. Osobiście ubolewam nad tym aspektem. Rozumiem, ze kosmetyk jest w pełni naturalny ale zapach kojarzy mi się z szafą mojej babci. Żeby Wam poprawić humor mojemu mężczyźnie się podoba:> Więc są gusta i guściki widocznie.

Największa wada?
Zapach. Ale po 2 tygodniach stosowania przywykłam.
Wyjątkowa zaleta?
Jestem w głębokim szoku jak ta maska wycisza cerę, zaognione zmiany. Żaden kosmetyk (no dobra, oprócz maski algowej) nie koił mojej twarzy w takim stopniu.
Podsumowanie.
Pierwsze wrażenie tej maski było zaiste średniawe. Dopiero za namową konsultantki Nuxe, zaczęłam stosować preparat na noc i to był strzał w dziesiątkę! Gdzieś w głębi serca czuję paniczny lęk, przed tym czym zastąpię ten produkt. Maska Nuxe pomogła mi nie raz, i wiem, że będzie mi ciężko znaleźć nie dość, że kosmetyk naturalny to dodatkowo o takiej sile działania.

Znacie markę Nuxe? Może coś polecicie? Albo przestrzeżecie przed czymś?

1/16/2017

Pustaki 1/2017

Na początku posta przejdziemy przez aptekę.
Moraz- Galilee Medical Herbs to marka izraelska opierająca się na wyciągach roślinnych.
Skusiła mnie cena promocyjna, w stosunku do tej regularnej.
Tonik do twarzy o cerze suchej. Bezalkoholowy. W 90% składa się z ekstraktów roślinnych. Stan mojej cery nie uległ zmianie, natomiast tonik nie dał sobie kompletnie rady z usunięciem uczucia ściągnięcia na twarzy, a to dla mnie priorytet. Ogólnie sam produkt wygląda jak nieco mętny napar z ziółek. Chyba moja cera nie lubi kompletnie naturalnych produktów;)
Balsam do ciała z wyciągiem z rdestu. Lekko lejąca się konsystencja pozwoliła wykorzystać do cna kosmetyk. Dawał on lekki ochronny film który nawet latem mi nie przeszkadzał. Zdecydowany plus dla kosmetyku, iż można go stosować podczas ciąży. Ładnie wygładza ciało ale suma sumarum daję mu 5/9.
Coś co gumisie lubią najbardziej, a więc oczyszczanie twarzy.
Alterra. Tej serii nikomu chyba nie muszę przedstawiać ponieważ chyba każdy w Rossmannie był i ją widział. Delikatne mleczko myjące. Po umyciu daje uczucia nawilżenia i jakoby nasza naturalna bariera ochronna nie została naruszona. Mam tylko złą wiadomość-jeżeli używacie podkładów bardzo trwałych i wręcz wodoodpornych to kosmetyk jest zbyt delikatny.
Ziaja, liście manuka, pasta do głębokiego oczyszczania twarzy przeciw zaskórnikom. Na początku było dobrze i stosując pastę 2 razy w tygodniu buzia była w dość dobrym stanie. Później stosowałam ją max 1 raz w tyg, a to ze względy iż miałam wrażenie, że z każdym kolejnym użyciem buzia robiła się bardziej zaróżowiona. Pod koniec kosmetyk odstawiłam bo myślę, iż najnormalniej mnie uczulił.
Pharmaceris. Łagodząca pianka myjąca do twarzy i oczu. Oto mój ulubieniec! Pięknie domywa wszystkie zanieczyszczenia, każdy rodzaj makijażu, a przy tym nie pozostawia uczucia buzi dziko ściągniętej. Sama formuła jest gęstsza niż zwykły płyn. Podczas stosowania nie odnotowałam żadnych podrażnień. Niestety produkty typu pianka maja średnią wydajność więc jeżeli będę kupować ponownie to na pewno na promocji.


Biały Jeleń. Hipoalergiczny. Zakup tego kremu to czysty eksperyment czy można mieć 100ml kremu do twarzy za 11zł, i czy wogóle będzie działać. I wiecie co? Jak kiedyś pojechałam po Białym Jeleniu to teraz zwracam honor. Buzia była miło nawilżona, brak zatkanych porów. Jedynie pod koniec już nudziło mi się patrzeć non stop na to samo opakowanie;) Wydajność też jest zadziwiająca. Dobry kosmetyk jak gdzieś jedziecie- krem do twarzy i całego ciała w jednym ;)
Eveline. Slim extreme 3D. Ma robić wszytko, a co robi w rzeczywistości? Ubytków cellulitu nie zauważyłam. Jedyne co to wygładzone i nawilżone ciało. No i chłodzenie. Zmarzluchom zimową porą odradzam;) Chyba, ze macie gorącą herbatę i koc na podorędziu;)
Le Petit Marseiliais. Żel pod prysznic o zapachu białej brzoskwini i nektarynki. Nie dość, że to to jest mega wydajne, pieni się niesamowicie, pachnie przecudnie, a zapach utrzymuje się nawet po wyjściu spod prysznica przez co najmniej godzinę to nie przesusza. W łazience mam jego zastępcę w jeszcze słodszym zapachu:)
 
Ziaja, krem do twarzy, masło kakaowe. Od kremu nie oczekiwałam niesamowitego nawilżenia, raczej traktowałam go jako okluzje czyli coś co spowoduje, że serum czy amupłka nakładana pod spód zostanie tam możliwie długo i nie odparuje. Mimo to buzia rano była ładnie wygładzona. Cena zabójczo śmiesznie niska i za to plus.
Isana, suchy szampon. Daje biały osad, który i tak wyczesujemy. Osobiście nie widzę dużej różnicy pomiędzy nim, a Batiste (oprócz tego, że Batiste występuje w milionie wersji zapachowych:)) Robił to co powinien czyli odświeżał włosy, nadawał im zapachu-w moim odczuciu lekko męskiego :)
Placenta Activ- ampułki na wzmocnienie włosów. Wcierałam w skórę głowy po każdym myciu. Szklane ampułki nieco utrudniają życie ale nie po to jestem inżynierem by się poddać kawałkowi szkła;) Nie widzę spektakularnego efektu w postaci zaprzestania wypadania włosów ale widzę, że pojawiło się troszkę tych młodziutkich włosków:) W moim odczuciu kuracja oparta na tego typie produktów powinna trwać z 2 miesiące.
Revlon 150 Buff dla cery normalnej i suchej. Bardzo brzydko podkreśla suche skórki. Ponad to jak się przekonałam na balu nie nadaje się absolutnie do zdjęć- SPF20 robi z nas białą twarz natomiast jeżeli szykuje się nam całodzienny maraton (bez zdjęć z fleshem) to mogę polecić chociaż trzeba uważać by nie dotykać buzi bo ściera się dość nieestetycznie pozostawiając dziury.
Synergen, korektor z olejkiem z drzewa herbacianego. Jak dla mnie w sezonie zimowym za ciemny. Poza tym na dzień dobry pękło opakowanie, a potem się złamał. Ogólnie podoba mi się założenie, że ma pielęgnować, ale żebym jakoś doświadczyła tego dobroczynnego działania to nieszczególnie.

Nazbierało się tego odrobinkę, a widzę, że kolejka kosmetyków do recenzji też się ustawia.

1/11/2017

L'biotica BIOVAX Orchid

Wybór wśród produktów do pielęgnacji włosów z L'biotica jest zaiste imponujący. Kuszą luksusowe nazwy i kolorowe opakowania. Ja skusiłam się na intensywnie regenerującą maseczkę do włosów z serii Białe Trufle & Orchidea.
CENA: śmieszna. Nawet od 5- 15zł za 125ml
DZIAŁANIE: potrzeba czasu by zobaczyć jak zmienia się kondycja włosów. U mnie zmiana była widoczna po ok. 5 aplikacjach. Nie jest to efekt natychmiastowy. Włosy nabrały miękkości i ładnego połysku, lecz dopiero gdy niemalże denkowałam produkt. Po czasie przełamałam się
i nakładałam maskę także na skórę głowy (dozwolone), a włosy nie ulegały przedwczesnemu przetłuszczeniu pomimo, iż trzymałam ją od 15-20 minut.
KONSYSTENCJA: przed aplikacją trzeba pamiętać by faktycznie nadmiar wody z włosów został odciśnięty bo wszystko spłynie. W raczej gęstym kosmetyku znajdziemy kawałeczki... czyżby orchidei?:)
WYDAJNOŚĆ: maska nie jest najdroższym zakupem więc nie powinnam się czepiać, ale na moją długość włosa starczyła na 8 użyć. 
ZAPACH: boooski! Piękny zapach kwiatów unosi się tuż po uchyleniu wieczka. Niestety już po kilku godzinach od spłukania kosmetyku z włosów jest on niewyczuwalny.

Podsumowanie.
Mogłabym się wypowiedzieć rzetelniej o działaniu maski gdyby albo opakowanie było większe albo starczyła ona na dłużej. Wiem, że moje włosy odzyskały blask i miękkość ale ciekawa jestem gdyby kuracja trwała dłużej. Szkoda także, że zapach tak szybko się ulatnia:( Inaczej bym siedziała z nosem we włosach:P Myślę, że skuszę się na inny produkt z serii BioVax bo podoba mi się sposób w jaki działa. Bardziej polega to na dogłębnym odżywieniu, a nie jedynie powierzchownym i natychmiastowym wygładzeniu. I za to ogromny plus!

1/06/2017

Nowości grudnia 2016

Słowem wstępu... Wszystkiego najlepszego na Nowy Rok 2017!
Zastanawiałam się czy stworzyć ulubieńców minionego roku, doszłam jednak do wniosku, że znaczniej fajniej będzie pokazać nowości grudnia:) Chociaz pracowałam jak mały samochodzik mając całe 3 dni wolnego, czas na jakiś mały zakup kosmetyczny się zawsze znajdzie;) Sporo też dostałam:)
Daniel Sobieśniewski ratuje z opresji sporo polskich marek naprowadzając ich jak te kosmetyki mają robić:) I tuż przed tym, zanim cały internet zaczął huczeć o nowych cieniach Sensique, dorwałam dwie sztuki oraz pigment Kobo o numerze 514. Ostatkami sił powstrzymywałam się by nie zatopić w nich pazurów:P Na promocji -30% w Douglasie zakupiłam też jeden cień (tu już musiałam wrazić paluchy). Będzie z nim makijaż, ale coś czuję że to nie ostatni z serii Douglas Make-up.

Sporą zdobyczą o której nie mogłabym nie wspomnieć jest podkład Estee Lauder Double Wear w kolorze 1N1. Chciałam coś co przetrwa całą imprezę. Poza tym to jeden z najbardziej kultowych podkładów więc jakbym miała się obejść bez niego? Dodatkowo sprawiłam sobie mini zestaw: maskara Sumptuous Extreme+ Primer. Do tej pory chyba nie ma szczoteczki klasycznej, z włosiem, która wyczesałaby moje rzęsy tak bym była zadowolona z efektu. W tej pokładam spore nadzieje. Testy rozpoczęto.
Zrobiłam także nalot na drogerię Hebe gdzie dopadłam półki Nacomi. Glinka biała (idealna po zabiegach na twarz), glinka czerwona, olejek z awokado i peeling do twarzy. Bardzo ciekawi mnie ten ostatni kosmetyk, nie wiem jak moja delikatna cera zareaguje na złuszczanie mechaniczne. Ponadto zakupiłam dwa podkłady Revlona w wersji z pompką za 40zł. I sama do końca nie wiem czemu to zrobiłam mając jeszcze dwie buteleczki poprzedniej wersji. Dodam, że wcale nie jestem jakoś szczególnie zakochana w tym podkładzie... Ale może przyda się do porównania obu wersji?...
Jako prezent świąteczny z mojej firmy dostałam kilka kosmetyków. Maskara Collistar Shock,
I Coloniali- balsam do ciała oraz czarna automatyczna kredka do oczu od Physicans Formula. By nie było tego za mało, w paczuszce znalazły się dwa zapachy: damski- Emanuel Ungaro, Friut D'Amour Lilac oraz męski zapach od Zippo.
 W grudniu dorwałam się także do miksera od NYX'a w odcieniu Olive. Pomadka Golden Rose- ta firma chyba zdominuje całkowicie rynek kosmetyczny jeżeli w tym tempie będą wydawać takie wspaniałości. Numer 15 jest mój. Maybelline, korektor Instatn Anti-Age Effekt, o którym tak głośno na YT. Pozostawiam go na okres lata z nadzieją, że się opalę. Albo dokupię biały mixer do podkładu... No i szminka Wet&Wild Mega Last o kuszącej nazwie Cherry Bomb. Zadziwiające, że za 6zł(!!!) można mieć dobry produkt do makijażu ust.
I już prawie na koniec świecidełko, które macałam niejednokrotnie, aż doczekałam się promocji:d LiveLove i paleta Love Bronze & Light Palette. Delicje:) Kidy dotknęłam tych rozświetlaczy to zrobiłam takie głośne ohhh... Ciekawa jestem tylko trwałości tych produktów.
Jeżeli chodzi o pielęgnację, marzyłam zawsze o masce z Kallos'a o zapachu banana. Nie wiem dlaczego mam takie kuku na punkcie tego zapachu (no jak małe dziecko) ale uznałam, że dokonam tej rozpusty i wydam 8zł:) Lierac, przeciwzmarszkowy krem pod oko. No tak, to jak najbardziej dla mnie:P Ale była okazja więc jak się oprzeć? Balea, pianka myjąca do cery suchej (jak mi tubylec przetłumaczył z szumnego języka niemieckiego).

Kończymy litanię i na deser marka Sanctuary Spa! Bogate masło do ciała, krem do rąk, niesamowity peeling do ciała i balsam do ciała w postaci apetycznego musu... Moje! <3 Idelane na okres zimny, bogate formuły i niepowtarzalny zapach:)

To tyle jeżeli chodzi o nowości. Co u Was się pojawiło ciekawego? Pochwalcie się:)
A ja się zastanowię czy robić ulubieńców roku:) I jakie kosmetyki miałyby się tam znaleźć.